Jest ilustratorem, rysownikiem, grafikiem, prowadzi pracownię ilustracji na Wydziale Grafiki i Sztuki Mediów w Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Fani kochają jego plakaty, ilustrowane przez niego książki, zaś rysunkami Tomasza Brody interesowali się ostatnio mieszkańcy Nowego Jorku, kiedy przez cały miesiąc jego prace pojawiały się na łamach legendarnego „The New York Timesa”.
Rysowanie to dla Tomasza Brody ważny sposób wyrażania ekspresji, już od dzieciństwa, które spędził w Kaliszu. – Rodzice byli nauczycielami wychowania plastycznego, wspierali mnie w wyborze życiowym, gdy zdecydowałem się zdawać do Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych we Wrocławiu (dzisiejsza ASP). Nie stukali się w czoło, nie mówili, że to głupi pomysł i nie martwili się, z czego będę żył – opowiada artysta.
Wybór Wrocławia, jako miejsca studiowania, był naturalny nie tylko ze względu na ceniony w Polsce wydział grafiki.
– Wrocław podobał mi się jeszcze, kiedy przyjeżdżałem tu w liceum razem z klasą. Zwiedzaliśmy Panoramę Racławicką, bo wtedy cała Polska pielgrzymowała, aby zobaczyć dzieło Kossaka i Styki. Potem wracałem do miasta jako wagarowicz. Przekonało mnie dużo przestrzeni i dużo zieleni – wspomina.
Na studia artystyczne za zgodą ministra kultury
Otrzymanie indeksu wymagało od Tomasza Brody wyjątkowej determinacji. Na studiach obowiązywał system punktów za pochodzenie. Jedna z dziewcząt starających się o miejsce na grafikę, z rodziny robotniczo-chłopskiej, otrzymała dodatkowe punkty i „przeskoczyła” na liście Tomasza Brodę o jedno miejsce. Przyszły artysta nie załamywał rąk, postanowił walczyć.
- Napisałem podanie do ministra kultury, powołując się na konstytucję PRL-u, w tym przypadku równość wobec prawa, i ówczesny minister, profesor Aleksander Krawczuk, przyznał mi dodatkowe miejsce na uczelni - tłumaczy Tomasz Broda.
Przyznaje, że to intuicja podpowiedziała mu grafikę jako najbardziej trafny wybór kierunku. Na uczelni zachwycił się pracami i legendą wybitnego grafika, profesora Eugeniusza Geta-Stankiewicza.
Nie miał jednak szansy uczyć się pod jego okiem, Get już nie prowadził pracowni. Los zetknął ich później. Tomasz Broda zaczął bywać w Domku Miedziorytnika, słynnej pracowni Geta, a Get zaglądał do pracowni Brody na ul. Więziennej.
Get był też inicjatorem współpracy Tomasza Brody z Przeglądem Piosenki Autorskiej. Z rekomendacji słynnego grafika powstała seria portretów wykonawców gali podczas jubileuszu 15-lecia PPA w 1994 roku.
Po raz pierwszy zacząłem wtedy upodabniać się do innych ludzi za pomocą przedmiotów codziennego użytku - tłumaczy Tomasz Broda.
Jedną ze sportretowanych na PPA osób była krakowska aktorka Elżbieta Zającówna, a karykatura tak spodobała się jej mężowi, Krzysztofowi Jaroszyńskiemu, że zaprosił Tomasza Brodę do programu satyrycznego „Magazynio”, w którym Wrocławianin pokazywał swoje maski i lalki z przedmiotów, jakie można było znaleźć w domu lub kupić w sklepie.
Jak uczyć młodych artystów
Tomasz Broda podkreśla, że Eugeniuszowi Getowi-Stankiewiczowi sporo zawdzięcza.
Na pewnym etapie życia Get-Stankiewicz bardzo mocno mnie ukształtował, stał się punktem odniesienia. Do dziś, kiedy robię jakiś projekt, często zastanawiam się, co by powiedział. Jakby mi patrzył przez ramię. Podziwiam jego sposób nauczania, w którym ważne było nie prowadzenie za rączkę, ale dawanie przykładu, wspieranie młodego artysty w podążaniu własną drogą - zwraca uwagę Tomasz Broda.
Dziś Tomasz Broda sam jest profesorem ASP we Wrocławiu i, jak podkreśla, stara się działać tak, aby nie wstydzić się przez studentami. – A mam doskonałe punkty odniesienia w postaci mistrzów jak Get-Stankiewicz czy Jan Jaromir Aleksiun – mówi.
Rysowanie jak oddychanie
Wrocławianin szkicuje nawet kiedy nie ma zlecenia, określonego zadania. – Rysowanie jest dla mnie naturalną potrzebą, jak oddychanie – podkreśla.
Wciąż sprawiają mu przyjemność tradycyjne media. Pisze wiecznym piórem, kaligrafuje, kocha kontakt z papierem, nienawidzi stukania w ekran dotykowy w telefonie. Woli pracę w żywym materiale.
Jak w ubiegłym roku, gdy w październiku podróżował do Warszawy, by – na prośbę Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina – sporządzić „na gorąco”, czyli będąc w sali Filharmonii Narodowej, karykatury jurorów i finalistów XIX Konkursu Chopinowskiego.
A potem, w listopadzie jeździł do Bolesławca, by – w Spółdzielni Rękodzieła „Ceramika Artystyczna” – malować ręcznie talerze w wyjątkowej serii przedstawiającej bohaterów powieści Jana Potockiego i filmu Wojciecha Jerzego Hasa „Rękopis znaleziony w Saragossie”.
Wreszcie, aby w lutym i w marcu przygotować rysunki do kolejnych 31 numerów marcowego „The New York Timesa”. Dziennik użyczył mu miejsca na łamach, by Wrocławianin pokazał, w serii lapidarnych scenek rodzajowych, jak papierowa gazeta wciąż ma rację bytu i jest ludziom niezbędna.
Dla Tomasza Brody kreatywność wiąże się nierozerwalnie ze sztuką.
- Potrzeba bycia kreatywnym oznacza, że jesteśmy błędem w systemie. To system, który całe nasze życie próbuje zdominować poprzez algorytmy i poprzez specjalistów decydujących, co mamy myśleć i o czym marzyć. Kreatywnym jest ktoś, kto się w tych algorytmach nie mieści, a sztuka to najlepszy sposób, aby to wyrazić - tłumaczy Tomasz Broda.
Wrocław – miasto inspiracji
We Wrocławiu artysta mieszka od ponad 30 lat, zdecydowanie większą część życia. Przeprowadzał się kilkukrotnie – na Biskupin, Nadodrze, Ołbin, teraz osiadł na Leśnicy.
Z Wrocławiem wiąże się jego zawodowe i prywatne życie, tu pracuje, tu poznał żonę, dziennikarkę Magdę Piekarską i założył rodzinę.
O Wrocławiu Tomasz Broda stworzył kilka książek, m.in. „Zrób sobie Wrocław” (z Mariuszem Urbankiem) czy tom „Tajemnice świętej dzielnicy” o dzielnicy Czterech Wyznań (z Beatą Maciejewską), a także komiks „Coś Pan zmalował” o studiowaniu we Wrocławiu, w którym przywołani zostali zarówno mistrzowie ze studiów, jak i koledzy z akademika.
Tomasz Broda
Jest ilustratorem, rysownikiem, grafikiem, prowadzi pracownię ilustracji na Wydziale Grafiki i Sztuki Mediów w Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu
Wrocław mnie wizualnie inspirował, wciąż lubię spacerować po mieście, a widok z Bulwaru Dunikowskiego na Odrę i Ostrów Tumski zapiera dech w piersiach - opowiada.
I od razu dodaje, że choć we Wrocławiu pracuje, planuje się zestarzeć gdzie indziej.
W małej wiosce w Lubuskiem, gdzie od niedawna jeżdżę, jest cisza, spokój i też sporo inspiracji, choć zupełnie innych niż w dużym mieście. Idealna sytuacja dla artysty – tłumaczy Tomasz Broda.